Wcześniejszy wpis – http://www.cisowska.com.pl/emigracja-kolonialna-cz-22/

Imperialna konferencja w Ottawie 1932 roku już zupełnie nie podnosi sprawy migracji dla bardzo prostej przyczyny. W 1931 bilans emigracyjny Wielkiej Brytanii okazał się ujemnym. W 1932 zaś Izba Gmin otrzymała petycję, podpisaną przez blisko 50.000 osób, zamieszkałych w Australii, a urodzonych w Wielkiej Brytanii, z prośbą o repatriację.

Co do stanowiska kolonii nie mogło być dwu zdań. Zupełna niezależność ich poglądów na tę, dla metropolii palącą, sprawę otrzymała jak najbardziej jaskrawy wyraz w fakcie relegowania przez rząd Kanady w 1930 roku 2.634 emigrantów, nie polaków, nie włochów, lecz przychodźców…. z własnej metropolii, ze Zjednoczonego Królestwa, przy czym, co wygląda na paradoks, 1.699 z nich należało do tej kategorii, którym przyszedł przy wysiedleniu z materialną pomocą rząd brytyjski. Nie był to  wprawdzie pierwszy tego rodzaju wypadek. W 1903 r. władze portowe w Melburnie postanowiły wysłać sześciu kapeluszników, przybyłych z Wielkiej Brytanii na tej zasadzie, że wbrew jakoby stypulacjom Immigration Restridion Ad 1901 r., byli oni sprowadzeni przez pracodawców. By załatwić sprawę z metropolią, konieczna była interwencja australijskiego premiera. Jedno z pism australijskich („Sydney Bulletin“) nie zawahało się expressis verbis wypowiedzieć już wtedy pogląd, za którym stała opinia publiczna Australii: „Ustalone zostało raz na zawsze prawo Australii nie dopuszczać angielskich obywateli, jeżeli uzna, że leży to w jej interesach… Ważna jest ta okoliczność, że Australia pokazała, że anglik niekoniecznie jest mile widziany tylko dlatego, że jest anglikiem. Sześciu kapeluszników stworzyło fakt historyczny”. Kiedy prawie trzydzieści lat później stanęła na porządku dziennym kwestia już nie 6, lecz 2.634 relegowanych wychodźców, to na odnośne zapytanie w Izbie Gmin, Minister kolonii (10. VI. 1931 r.) skromnie odpowiedział,2 że ekspulsje trwają nadal, że leżą one w zakresie władzy dominiów, i że uczyniono pewne kroki ze strony rządu brytyjskiego. Nie można nie podziwiać spokoju i wyrobienia mężów stanu angielskich. Rząd brytyjski niejednokrotnie przez swych członków wypowiadał się oficjalnie w parlamencie, że nie wolno emigracji uważać tylko za środek przeciwko bezrobociu, że chodzi o prawidłowy podział ludności białej na obszarze Imperium. Dominia mogą wybierać odpowiednie dla siebie jednostki. Oświadczenia te są niesłychanie charakterystyczne nie tylko dlatego, że wyraźnie przenoszą ośrodek decyzji do kraju imigracyjnego, nawet kiedy ten kraj jest jedną z własnych posiadłości, ale że wyjątkowo jasno tłomaczą migrację, jako zjawisko, mające w swym gospodarczym wyniku ogólne dążenie do prawidłowego i racjonalnego podziału pracy na przestrzeni pewnego zespołu, w danym wypadku rozrzuconego po całym świecie Imperium. Zupełnie słusznie twierdził L. S. Amery, minister kolonii w gabinecie Stanley Baldwina, że absurdem jest, by 3/4 ludności brytyjskiej skoncentrowane było na 1/5 terytorium tegoż Imperium. Jeżeli rozszerzymy to twierdzenie na glob nasz, a przynajmniej na obszar, nadający się do eksploatacji przez białą, ewentualnie żółtą rasę, to otrzymamy podstawową zasadę gospodarki światowej.

Kropkę nad „i“ stawia w swoim ostatnim sprawozdaniu Komitet Rady Gospodarczej do spraw migracji imperialnych brytyjskich, stwierdzając, że wielka dysharmonia zapanowała obecnie co do poglądu na migrację pomiędzy Anglią a jej dominiami. Gdy właśnie obecnie – mówi sprawozdanie – leży w interesach metropolii rozszerzenie emigracji, nie odpowiada interesom dominiów dopuszczenie owych emigrantów w swe granice. Jeżeli nadejdzie czas, kiedy dominia zechcą znowu widzieć u siebie imigrantów, to nie będzie może w interesie starego kraju zadośćuczynić tej potrzebie. Przypuszczać wolno jednak, że ze względu na jedność rasową, rząd brytyjski, gdy przejdzie przesilenie, ale nie wcześniej, znowu zechce finansować swą emigrację kolonialną.

Rebus sic stantibus, sprawa emigracji w Zjednoczonym Królestwie nie znajduje się o jotę w lepszym położeniu, niż w jakimkolwiek innym, nie posiadającym własnych kolonii, kraju emigracyjnym. W kwestiach migracji niema miejsca na sentyment. Imperium Brytyjskie nawet w wypadku, gdy chodzi, w płaszczyźnie światowej, o własnych obywateli, nie może się wyłamać z pod żelaznych praw ekonomicznych w stosunku do zagadnienia pracy.

Zagadnienie to dla W. Brytanii, jak i dla reszty krajów, eksportujących pracę, nabiera wyraźnych cech, przywodzących na pamięć właściwości problematu rynku towarowego, który musi się poddawać, zwłaszcza w obrocie międzynarodowym, bezwzględnej supremacji popytu nad podażą.